Dziękuję wszystkim, którzy odwiedzali ten blog. Każdy człowiek, który zaczyna coś robić, chce mieć poczucie, że ma to jakiś sens. Dla mnie uzasadnieniem sensowności moich poczynań była każda osoba, która tu zaglądała.
Dziękuję wszystkim, którzy starali się rozumieć, co i po co robię. Dziękuję również wszystkim, którzy takich starań nie podjęli, gdyż dzięki nim starałam się wypowiadać jaśniej, a poza tym zyskiwałam mozliwość zastanowienia się nad sobą, a to zawsze się przydaje.
Dziękuję wszystkim, którzy dali mi możliwość wejścia do ich świata poprzez wpisy na swoich blogach, poprzez komentarze pod blogiem moim i blogami innych osób.
Jak pewnie wiecie, groźba kryzysu wisi nad Polską. Nie jest to jednak najgorsza wiadomość. No bo jeśli wisi, to wciąż o kryzys nie musimy się martwić. Źle będzie, gdy spadnie, kryzys się wtedy rozleje i ubabrze nas wszystkich. Na szczęście jest mało prawdopodobne, by do nieszczęścia doszło w ciągu najbliższych kilku tygodni. A to dzięki Walentynkom! Pogrzebałam dziś trochę w Sieci i znalazłam parę ciekawych informacji. "Puls biznesu" na ten przykład donosi, że:
60 zł Tyle wynosi średnia wartość prezentu walentynkowego.
67 proc. Tylu Polaków obchodzi Walentynki.
17,6 mld dolarów Tyle wydadzą na Walentynki Amerykanie.
Szczerze mówiąc sposób wnioskowania redaktorów cytowanego portalu jest dla mnie tajemnicą. Nie mam pojęcia, co nasze 60 zł ma wspólnego z tymi miliardami amerykańskimi. Mam zaś jako takie pojęcie o prostych czynnościach matematycznych. Według moich wyliczeń prawie 26 milionów Polaków będzie obchodzić Walentynki. Jeśli każdy rzeczywiście wyda 60 zł, to razem będzie tego 1,5 mld zł. Dużo! A byłoby więcej, gdyby mi udało się znaleźć faceta i gdyby ten facet kupił mi prezent i gdybym ja jemu kupiła. Głupia sprawa. Jeśli kryzys przyjdzie wcześniej niż to wynika z wyliczeń, to będzie po części moja wina.
Na szczęście portal udzielający nam gościny doniósł dziś, że 38 mln Europejczyków miesięcznie szuka miłości w internecie. W Polsce robi to już ponad 5 mln użytkowników. Każdy z tych użytkowników jakąś tam opłatę uiszcza - czasami wysoką. Znowu brakuje danych dotyczących Polski, a są amerykańskie. Otóż za oceanem zyski portali randkowych sięgają 4 mld dolarów rocznie - mniej niż wydatki walentynkowe, ale w dalszym ciągu sporo. Ja wielkiego udziału w polskich zyskach nie mam, bo wybrałam wariant oszczędny (za jeden portal od czasu do czasu płacę, ale niewiele, a z innych korzystam za darmo albo nie korzystam), ale jednak czasem na jakąś kawę pójdę. Często randkę traktuję jako okazję do kupna nowego ciuchu. Pozytywnie więc wpływam na obroty gastronomii i sklepów odzieżowych.
Obrazek z ulicy. A tak w ogóle to Walentynki spłynęły po mnie jak po psie deszczówka. Choć wiele osób starało się, żeby było inaczej. Nawet przy przystanku tramwajowym było okazjonalne stoisko z lizakami w kształcie serc! Nie ruszyło mnie to. Chyba już bardziej widok dziewczyn SMS-ujących i uśmiechających się do tych SMS-ów. Naprawdę spotkałam ich kilka. To było miłe. Co ciekawe, gdy wracałam z pracy nikt już nie uśmiechał się do SMS-ów. W ogóle nikt się nie uśmiechał, bo był tłok.
Niezależnie od wszystkiego ogłaszam koniec dzisiejszych Walentynek. Teraz czas policzyć zyski...
W tym miejscu miał być piękny wpis o aniołkach w moim domu. Miał być. Nie będzie, bo wmieszał się w to jakiś diabełek, który gumką myszką starł w sekundę wszystko, co przez wiele sekund pisałam. Ech...
Odtworzę tylko ten kawałek, w którym uczciwie przyznałam, że z religia jestem na bakier - żadna tajemnica. Nie chodzę do kościoła, jestem antyklerykalna, trudno mi uwierzyć w Boga, przedstawianego jako mniej lub bardziej miły pan z siwą brodą. Anioły są dla mnie postaciami baśniowymi. Nie zmienia to faktu, że z tymi baśniowymi postaciami, w które nie wierzę, jestem w stałym kontakcie. Anioł, który mi się z urzędu należy, jest nieodpowiedzialnym pijaczyną. Tak przynajmniej podejrzewam, bo często znika, a potem wraca mocno nieświeży. A jednak krzywdy mi się zrobić. Czasem łapie za rękę, gdy jak cielę ładuje się pod jakiś samochód, przytrzymuję mnie, gdy zdarza mi się potknąć w górach. Czujny jest...
Czy to co napisałam świadczy o chorobie psychicznej? Moim zdaniem świadczy o początkach. Ale pomyślę o tym jutro...
W moim domu są cztery nowe anioły. Tworzą zwarty krąg. Chcę wierzyć, ze przyfrunęły do mnie z internetu. Oto one:
Margo, Babciubezmohera, Fusillo, Semiranno, Wanilko, Veanko, bardzo, bardzo Wam dziękuję. Dziś aniołki skupiły się nad świeczką. W planach mam jednak danie im jakiejś roślinki. Niech maja swoje życie, o które będą się troszczyć.
Choćbym nie wiem jak gimnastykowała umysł, i tak nie mam pomysłu na kolejny wpis. Trochę głupio, bo wypadałoby na koniec dać z siebie jak najwięcej. Problem jednak polega na tym, że ani mi w głowie szukanie kogokolwiek po jakichkolwiek portalach. Żadne randki w najbliższym czasie nie wchodzą w grę. Spotkam się pewnie z Panem Prawie Rozjechanym, ale trudno to będzie nazwać randką. Może anty-randką?
Wszystkie moje myśli pochłaniają teraz przygotowania do wyjazdu. Dziś zrobiłam zakupy - kupiłam przede wszystkim kosmetyki, a także dżinsowe leginsy i polarek. Jestem w trakcie ostatnich prań. Zapasy do pracy prawie już mam z głowy. Lada moment zdejmę walizkę i zacznę pakowania. Nie mogę się już doczekać wyjazdu. Ale z drugiej strony muszę stwierdzić, że jakoś prościej się wyjeżdża w polskie góry własnym autkiem. Nic straconego. Na koniec maja mam zaplanowany kolejny urlop. Tym razem w górach.
Dzisiejszy dzień był kolejnym dniem pożegnania. Wiele takich dni ostatnio było. Ja, podobnie jak Marek, nie chcę żegnać Whitney Houston. Skorzystam jednak z okazji i przypomnę trzech panów, których piekielnie mi żal. I chyba nie ma dnia, bym o którymś z nich nie myślała. I chyba nie ma dnia bym nie była im wdzięczna, bo bardzo mi pomagają w tej mojej drodze przez życie.
Dwa dni temu miałam poświęcić wpis starzeniu się głowy, ale ponieważ co innego zaprzątnęło moją uwagę, to nie napisałam tego. Wracam jednak do tematu, bo wydaje mi się dość istotny. Czy zauważyliście, że rzadko kto zwraca uwagę na starzenie się mózgu? W pismach kobiecych są setki porad: jak zachować młodość twarzy, jak pozbyć się zmarszczek, jak mieć młodą figurę do emerytury... A co robić, by mieć w miarę sprawną głowę?
Moim skromnym zdaniem powód jest prosty - mało kto w ogóle zauważa, że z jego głowa jest coś nie tak. Nie powinno to dziwić, gdyż nawet w młodości mało kto uważał, że brakuje mu inteligencji. Ja osobiście nie znam ani jednej osoby, która uważałaby, że nie jest inteligentna. Znam natomiast parę takich, które inteligentne nie są. Ot taka ciekawostka przyrodnicza. A może nie tylko ciekawostka?
Zwykle uważa się, że oznaką starzenia się jest demencja, stetryczenie i takie tam. A tymczasem nasze szare komórki świeżość straciły już dawno temu. Po 40-tce każdemu jest znacznie trudniej uczyć się, mamy problem z dostosowywaniem się do nowinek technicznych, trudno nam się skoncentrować. Tyle że nie każdy to dostrzega. To tak jak z psującym się wzrokiem. Klniemy, że głupie i za bardzo błyszczące etykiety szamponów teraz produkują, narzekamy na zmęczenie, ale nie przyjdzie nam do głowy, że czas zacząć nosić okulary.
Teraz proponuję zabawę. Mam test na wiek mózgu. Najpierw klikacie na start. Potem jest odliczanie 3,2,1 i na ekranie pojawiają się liczby. Trzeba je zapamiętać. Liczby znikają i pojawiają się kółka. Klikamy w kółka zgodnie z kolejnością liczb - zaczynamy od najmniejszej. Po kilku próbach wyświetli się wiek. To oczywiście tylko zabawa. Proponuje, żeby każdy swój wiek zachował dla siebie, proponuję tez nie wpadać w samozadowolenie, gdy wyjdzie wam wyjątkowo młody wiek, bo to tylko zabawa i większości osób, które znam wychodzi wiek dość młody.
Ja pierwsze pierwsze zmarszczki na zwojach mózgowych dostrzegłam, gdy zapisałam się na angielski. Nagle odkryłam, że zapamiętywanie nie idzie mi tak dobrze jak kiedyś. Taka przykrość... Gdy zauważyłam pierwsze zmarszczki przy oczach, kupiłam odpowiedni krem. Gdy zauważyłam, że szybciej się męczę, zaczęłam regularnie ćwiczyć. A co z głową? Przyznam szczerze, że staram się nad nią pracować. Od czasu do czasu rozwiązuję jolki, regularnie gram w gry typu memory, wciąż się czegoś uczę, a ostatnio zapisałam się na jakieś badania aktywności mózgu połączone z ćwiczeniami, po których ponoć ta aktywność wzrośnie.
I na koniec obserwacja wśród moich znajomych. Wszyscy z wiekiem staja się roztargnieni. Dla mnie to miód na moje serce, bo do tej pory ja biłam rekordy roztargnienia. Z tym, że moje roztargnienie to mój znak firmowy i nie ma ono wiele wspólnego ze starzeniem się. Ja tak mam od dziecka. Kiedyś na przykład przyszłam do pracy w dwóch różnych kozakach - jeden brązowy, drugi zielony, jeden na koturnie, drugi na obcasie. Podobnych przygód mam na swoim koncie więcej. Ale ostatnio nie czuje się w tej przypadłości osamotniona.
Rozważań o rachunku prawdopodobieństwa ciąg dalszy. Wszyscy chyba zgodziliśmy się, że prawdopodobieństwo spotkania na zajęciach, w których uczestniczy 30 osób, człowieka, z którym było się na nieudanej randce jest bardzo małe. A jednak stało się. Prawdopodobieństwo, że dostanie się list zapoznawczy od dawnego znajomego jest chyba trochę większe, ale też niezbyt duże. Ja taki list dostałam. Od razu wyjaśniam, że miało to miejsce na portalu, na którym nie mam zdjęcia.
Dwa dni temu przyszedł liścik. Jego treść całkiem, całkiem. Zerknęłam więc na profil. Ze zdjęcia spoglądał na mnie jakiś menel. A może zapracowany rolnik z mazurskiej wsi. Kim by nie był, źle wyglądał. Gdy jednak przyjrzałam mu się dłużej, stwierdziłam, że znam (choć mogę się mylić). Spotkaliśmy się wiele lat temu w pracy. Cichy, miły człowiek. Miał jednak pewną wadę. Pił. Pamiętam, że miał iść kiedyś z szefową na ważne i prestiżowe spotkanie. Wszystko było OK. Już wychodzili, gdy on stwierdził, że musi po coś wrócić. Po kwadransie był kompletnie pijany. Kompletnie! Cała firma zastanawiała się jak on tego dokonał. Przypuszczaliśmy, że jemu wystarcza jedno piwo. Nie wiem, czy to możliwe. Faktem jednak pozostaje, że naprawdę skuł się w 15 minut.
Szczerze mówiąc, nie miałam do czynienia z alkoholikami. Takimi klasycznymi. I chyba nie chcę mieć. Nie odpisałam mojemu znajomemu, nie przypomniałam się, nie pozdrowiłam. Może źle to o mnie świadczy, ale przygód póki co mam dość.
Plan był taki - miał to być wpis o logice i rozkoszach łamania głowy, a raczej nie o rozkoszach, a o konieczności. Co jakiś czas wraca bowiem temat starzenia się. Padają różne opinie. Wygląd, forma, zdrowie, a tak naprawdę najważniejsza jest głowa. A ona też z wiekiem traci na atrakcyjności. Można oczywiście uznać, że nic złego się z nią nie dzieje, bo przecież nic nie widać, ale można też głowę poćwiczyć, żeby jeszcze długo nic nie było widać. Ja w ramach ćwiczeń zapisałam się na wykłady z przedmiotu mocno zahaczającego o logikę. To nie jedyna moja aktywność w tym zakresie, ale o tych innych może za jakiś czas.
Miało być o logice, więc zacznijmy od logiki.
Jeżeli będę chodzić na wykłady, to zyskam nowe doświadczenie.
Pamiętacie ze szkoły tę niezbyt skomplikowaną konstrukcję logiczną?
Jeśli dobrze pamiętam, to na matematyce zaczęło się od logiki, a potem był rachunek prawdopodobieństwa. Jakże ja tego rachunku nie lubiłam! Ale ja nie o tym chciałam. Otóż prawdopodobieństwo, że przynajmniej raz w ciągu miesiąca spotkam kogoś, kto pracuje obok mnie jest duże. Jak duże nie wiem i nie chce mi się tego sprawdzać, bo jest późno, jestem zmęczona, a przecież muszę dokończyć ten wpis. W każdym razie spotkanie kogoś takiego koło pracy jest większe niż spotkanie kogoś takiego daleko od pracy. A spotkanie kogoś takiego na zajęcia, w których uczestniczy 30 osób z całej Warszawy jest naprawdę małe. Głupi ten rachunek, bo on swoje, a życie swoje.
Kilka słów dla tych, którzy nie wiedzą. Jadąc kiedyś rowerem omal nie wpadłam na pewnego pana. Nie wpadłam, więc od tego momentu stał się on Panem Prawie Rozjechanym. Przypadek sprawił, że ów pan wpadł skutecznie na mnie na jakimś portalu. Spotkaliśmy się. Nie było łatwo, bo różnimy się w istotnych kwestiach. On nie lubi feministek. Ja też nie lubię, ale tylko wtedy, gdy w mojej okolicy znajduje się jakaś feministka, zwłaszcza zaangażowana. Z dala od feministek sama czuję się feministką. W każdym razie różnic między Panem Prawie Rozjechanym a mną było sporo. Poszliśmy jednak na drugą randkę. A potem na trzecią. Trzecia zaczęła się w kinie, a miała się skończyć u niego. Nogi ogoliłam, wypachniłam się i pognałam na spotkanie. Po kinie pan powiedział: do widzenia. I tyle go widziałam. Hak mu w smak. I tak nie bardzo mi się podobał.
Powrót do teraźniejszości. Może i spotkanie Pana Prawie Rozjechanego na tych samych zajęciach było dużo mniej prawdopodobne niż spotkanie go w okolicach mojej pracy. Tak go jednak nie spotkałam, a tu - a jakże! To się nazywa szczęście! Nie rozmawialiśmy ze sobą. Ja szczęśliwie przyszłam wcześniej, on później. Tak więc on powinien podejść i przywitać się. Nie zrobił tego, choć ja wzrokiem wstydliwie nie uciekałam (ale i nie wbijałam w niego złowrogiego wzroku). I dobrze, bo ja nie chcę odnawiać tej znajomości, a teraz mam okazję, żeby go pogonić, gdyby jednak doszedł do siebie i uznał, że do połowy kwietnia nie da się udawać, że się nie znamy. A swoją drogą, to ja myślałam, że ten pan jest kulturalny. Ot błąd logiczny. Miałam prawo go popełnić, bo jeszcze wtedy nie chodziłam na zajęcia, na które chodzę.
Skutki tego spotkania. Kurczę! Naprawdę muszę ostro wziąć się do nauki, żeby przy tym dupku nie wyjść na idiotkę. Muszę pewnym siebie głosem zabierać głos. A najgorsze, że muszę być na zajęciach w następny czwartek. Wahałam się, bo przecież w nocy lecę, ale nie zamierzam, żeby pomyślał, że wymiękłam. Kurczę! Aż tak mojej głowy ćwiczyć nie chciałam!
Przygotowania do urlopu są strasznie męczące. Dopiero dziś odebrałam nowy paszport, bo choć urząd mam pod nosem, nie miałam czasu do niego zajrzeć. Inna sprawa, że niedawne mrozy skutecznie zniechęcały mnie do wykonania każdego nadprogramowego kroku. W każdym razie paszport mam i dzięki temu czuję się obywatelką nie tylko Najjaśniejszej Rzeczpospolitej, ale i Unii Europejskiej. To znaczy nie do końca się czuję, bo wciąż nie dowierzam, że ten wypłoch na zdjęciu to ja. Mam nawet pewne wątpliwości, czy Egipcjanie wpuszczą mnie do swojego kraju, ale pocieszam się, że oni tak Europejczyków postrzegają jak my Arabów. Jest więc szansa, że wszystkie Europejki w ich oczach są wypłochowate. A poza tym pobrali mi odciski ze środkowych palców - okazało się, że odciski ze wskazujących mam niewyraźnie, ale nie pytajcie, co ja tymi palcami robiłam, żeby pozbyć się linii papilarnych, bo sama nie mam pojęcia. Najważniejsze, ze po tych odciskach da się mnie zidentyfikować.
Mam też nową walizkę. Czerwoną! Nie to, żebym lubiła ten kolor, ale zawsze czerwoną łatwiej się znajduje w stosie innych walizek. Oczywiście pod warunkiem, że inni nie wpadli na pomysł wyposażenia się w czerwone bagaże.
Oprócz paszportu i czerwonej walizki mam też mnóstwo pracy, bo nie chciałabym swojego bałaganu zostawiać kolegom. To znaczy trochę zostawię, żeby im się w głowach nie poprzewracało w czasie mojej nieobecności.
W weekend robię ostatnie zakupy - głównie kosmetyki, bo resztę mam. W weekend też pewnie zacznę się pakować, bo potem nie będę miała czasu. Powiem szczerze, że mój wyjazd wciąż wydaje mi się nierealny, zupełnie jakby sprawa dotyczyła kogoś zupełnie innego. Nie wiem, czy dlatego, że pochłania mnie teraz tyle spraw, czy ta wycieczka jest dla nie tak abstrakcyjna?
Raczej więc nie liczcie, że będę w stanie wykrzesać z siebie coś na temat, bo temat mnie niewiele obchodzi. Spróbuje Was za to zainteresować czymś zupełnie nie na temat, czymś co bawiło nas dziś dość długo w pracy. Czy wiecie, jakie pytanie zadała minister sportu Joanna Mucha podczas spotkania poświęconego organizacji meczu o Superpuchar Polski? - Kto wybrał drużyny do tego meczu? - oto co intrygowało panią minister. Ciekawe, kiedy ja zainteresuje, kto stoi za tym, ze to Hiszpania została ostatnio mistrzem świata?
Powiedzcie mi, jak można walczyć o parytety, jak można udowadniać, że kobiety powinny być w polityce, że powinny mieć więcej do powiedzenia we wszystkich sprawach? Jak można po takim pytaniu. Ja w ogóle się nie znam na piłce nożnej, ale na pytanie pani minister odpowiedź znam.
Wczoraj napisałam to co napisałam. Zastanowiłam się nad tym, co napisałam nieco później, czyli dopiero dziś. No cóż, ja tak czasem mam, ale nikt nie jest doskonały. Wyraziłam zdziwienie, że tak wiele kobiet pisze do pana z byle-jakim profilem. I czy Wy uwierzycie, że ja dostałam piątkę na egzaminie z ekonomii politycznej? Jeśli nie uwierzycie, to dobrze, bo piątkę dostałam, ale zupełnie niesprawiedliwie. Zdawałam w "zerówce" i pani od ekonomii bardzo chciała komuś z "zerówkowiczów" postawić piątkę. Uważała, że nam się należy. Za odwagę. Padło na mnie. Niesłusznie, bo moi koledzy byli lepiej przygotowani niż ja. Widać ja robiłam lepsze wrażenie.
W każdym razie z ekonomii zawsze byłam marniutka, ale nie na tyle, by nie pamiętać jak to jest z tym popytem i z ta podażą. Brutalne prawa rynku. Obowiązuje one nie tylko na portalach randkowych, jak niektórzy to widzą. Tak naprawdę obowiązują wszędzie. Ale nie to wszędzie nas interesuje.
Wolnych panów jest tylu, ile jest, czyli niewielu, a na dodatek z każdym rokiem coraz mniej. Prawa natury są jeszcze bardziej bezwzględne od praw rynku. Nie wiem, czy wiecie, że kobiety żyją średnio o 6 lat dłużej od mężczyzn. Gdy startujemy, chłopcy mają nad nami pewną przewagę, natomiast po 50-tce przewagę mamy my - kobiety. A jeśli jesteśmy z dużego miasta, tak jak ja, to w ogóle mamy plecy, bo jest nas ok. 118 na 100 mężczyzn. Z jednej strony jest to informacja pozytywna, bo fajnie jest pożyć trochę dłużej. Należy jednak liczyć się z tym, że pożyjemy dłużej w pojedynkę - miłe panie, których to nie dotyczy, otóż to akurat może dotyczyć i Was. Taki czarny dowcip mi wyszedł - przepraszam co bardziej wrażliwych, choć w zasadzie przepraszać powinna natura.
Selekcja naturalna to jedno, a zjawiska cywilizacyjne to drugie. Koło 20-tki kobieta może przebierać i wybierać w niemal całej męskiej populacji. Potem podaż gwałtownie maleje przy wciąż dużym popycie. Do czego to prowadzi? Wiem, głupie pytanie. Żeby znać odpowiedź nie trzeba było mieć tej piątki z ekonomii politycznej. Prowadzi to do wzrostu ceny. Pamiętacie jak było z cukrem w PRL-u? Stała długa kolejka, a do sprzedania były dwa woreczki cukru. Trzeba więc było, albo uzbroić się w cierpliwość i tydzień stać przed sklepem, albo iść do spekulanta, który miał cały tapczan cukru, albo przestać słodzić herbatę.
Nie mam bladego pojęcia, czy panie piszące do mojego znajomego to te, które cierpliwie stoją pod sklepem, czy może raczej te, co kolaborują ze spekulantami. Wiem natomiast, że ja należę do grupy, która nie słodzi herbaty, ale z podziwu godnym uporem drepcze wokół sklepu i do głowy jej nie przyjdzie, żeby ustawić się w kolejce. Bo prawda jest taka, że pewnie trzeba próbować, pisać... A nuż jednak zaskoczy. W czasie, gdy pisałam te słowa z pewnością jeden z moich potencjalnych kandydatów umarł (w wieku 55 lat już na 100 mężczyzn jest 120 kobiet!) albo wpadł w ramiona ponętnej 30-latki. A najgorsze jest, że ten co umarł zostawił mi rywalkę. I w ten prosty sposób podaż znów się zmniejszyła, a popyt wzrósł. I po co mi była ta piątka? Mogłam żyć w błogiej nieświadomości. Ech, trzeba było iść na polonistykę! Choć oni też chyba mieli ekonomię polityczną...
Wspominałam Wam już kiedyś o znajomym, z którym czasami wyskakuję na obiad. On jest wolny, ja jestem wolna, mamy więc o czym rozmawiać. Jego kariera singla jest znacznie krótsza niż moja, dlatego czasem udzielam mu różnych rad. Jakiś czas temu wspomniałam mu, że mógłby założyć sobie konto na portalu randkowym. Trochę żartowaliśmy na ten temat, ale ja później sprawy nie drążyłam. Aż do teraz...
Gdy ostatnio się spotkaliśmy powiedział mi coś, co mnie lekko zaskoczyło. Otóż mój znajomy nie podszedł zbyt poważnie do sprawy. Założył profil i nabazgrał w nim parę głupot typu jestem bardzo fajny, mam super brykę, nieźle zarabiam. Napisał to, dlatego, że ja podśmiewałam się z niego, że w tym wieku, to już głównie powinien jako przynętę zarzucać dobra materialne. Ja sobie zażartowałam, on to napisał, a następnie w ogóle zapomniał o tym, że ma konto na portalu. Teraz sobie przypomniał. Wszedł na portal i oniemiał. Miał w skrzynce kilkadziesiąt listów od pań. Wszystkie zachwycały się jego lakonicznością, wszystkie komplementowały umiejętność stworzenia ciekawego profilu, wszystkie proponowały spotkanie. - Ma się to powodzenie - pochwalił mi się. Co miałam odpowiedzieć? Przytaknęłam mu, że ma się.
Mój znajomy jest jednak jednostką dość złożoną. Uznał, że coś jest nie tak z tymi listami. Panie piszą do człowieka, którego na oczy nie widziały (nie zamieścił zdjęcia), obsypują komplementami... A tak w ogóle komplementują jego czy może tę niezłą brykę (a tak w ogóle to jest to samochód jak samochód, peugeot 307, czyli żadne mecyje)? Zamieścił wiec swoje wątpliwości w owym profilu. Zadał pytanie, czemu panie piszą do kogoś bez zdjęcia, kto jedyne, co o sobie napisał, to że ma dom i samochód. Właśnie dziś zadzwonił do mnie, żeby pochwalić się, że przyszło kolejnych kilkanaście listów. Tym razem były to listy dystansujące się od poprzednich. Panie pisały, że kobiety rzeczywiście bywają materialistkami i chwaliły go, że zwrócił na to uwagę. - Czemu ty do mnie nie napisałaś? - zapytał mnie. - Kobieto, nie masz szans w tym tłumie. Bierz przykład z innych. Popatrz, jakie aktywne. A my jesteśmy jak dzieci, lubimy takie aktywne - kontynuował. - I wybrałeś którąś z tego tłumu? - zainteresowałam się. - No coś ty! Ja jestem inny. A poza tym nie mam czasu czytać tych wszystkich listów.
I to byłoby na tyle. Sama nie wiem, co o tym myśleć. Ale chyba się już troszkę mniej dziwię, gdy czytam niezbyt miłe komentarze niektórych panów. Do tej pory uważałam, że są sfrustrowani. Teraz ja jestem bliska stanu frustracji...